Misja do Chile

Jako patroni wyjazdu Rafała Bilickiego na 14 miesięczną misję do Chile niniejszych chcielibyśmy się podzielić z wami wrażeniami Rafała z tej podróży. Zacznijmy jednak od podstawowych informacji.

Nazywam się Rafał Bilicki i w październiku wyjechałem wraz z Domami Serca na 14-miesięczną misję do Chile, a konkretnie do Valparaiso.

Domy Serca to katolicka organizacja założona w 1990 r. we Francji przez ks. Thierry de Roucy. Dziś Domy Serca znajdują się w prawie trzydziestu państwach na całym świecie, niemal na wszystkich kontynentach. Wszystkie powstają w dzielnicach biedy, aby być jak najbliżej najbardziej potrzebujących.

Wolontariusze Domów Serca wychodzą bowiem do ludzi samotnych, chorych i biednych, ale także do dzieci. Często wolontariuszy nazywa się ‚Przyjaciółmi dzieci’. To, co jako wolontariusze niesiemy ludziom, to nasza obecność, współczucie, zrozumienie i rozmowa. Staramy się być pocieszeniem w największym z ludzkich cierpień – samotności i opuszczeniu.

Założyciel Domów Serca, ks. Thierry de Roucy ujmował to tak:“Domy Serca nie pragną niczego więcej, niż być tym uśmiechem, tą kroplą w morzu, tą ręką, która pomaga żyć i kochać życie aż do końca. Być obecnym obok każdego człowieka i uświadamiać go, że jest kochany nieskończenie…”.

Domy Serca to jednak także wspólnota ludzi je tworzących (od 4 do 6 wolontariuszy z różnych krajów świata), a także życie codzienną modlitwą, adoracją oraz Eucharystią.

Dlaczego zdecydowałem się na wyjazd i pełnienie takiej służby? Najpiękniejszy dla mnie fragment Pisma Świętego brzmi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”.

W posłudze Domów Serca dostrzegam właśnie tę chęć naśladowania Chrystusa, uczenia się od niego, do którego nas wzywa. Tuż przed wyjazdem na misję słowa „jeden drugiego brzemiona noście” brzmią dla mnie jak potwierdzenie, że wybrałem właściwą drogę.


Ciekawostki kulturowe – Misja w Chile

Więzienie

Pisałem już w jednym z listów trochę o więzieniu, które odwiedzamy każdego tygodnia. Wizyty w więzieniu to jedno z największych odkryć tej misji i najpiękniejszych przeżyć. Często jesteśmy dla więźniów, których odwiedzamy jedynymi osobami jakie do nich przychodzą. Czasami nie mają oni rodziny, czasami rodzina się ich wyparła, a czasami nie chcą przyjmować odwiedzin. – Nie chcę, żeby mnie widzieli w takich warunkach, w tym miejscu – mówią często. Z czasem, po ośmiu miesiącach odwiedzin i poznawania się wzajemnie, jesteśmy dla nich po części jak rodzina, która składa im wizytę. Opowiadają nam o różnych rzeczach – od piłki nożnej po
rodzinę.

‐ Podoba ci się Chile? – spytał mnie ostatnio Javier.
‐ Tak, jasne, jest tu bardzo pięknie, a ludzi bardzo życzliwi i sympatyczni – odpowiedziałem.
‐ Ale przecież ty znasz tylko ludzi tych najbardziej ubogich
– z więzień i dzielnicy złodziei. I uważasz, że są sympatyczni i życzliwi?
‐ Tak, wszyscy są tu dla mnie bardzo dobrzy.

‐ To dlaczego ludzie z pieniędzmi mają nas za nic? Dlaczego nas nie szanują? Dlaczego nic dla nich nie znaczymy i jesteśmy złymi ludźmi, tylko dlatego, że trafiliśmy do więzienia? Przez to nie jesteśmy już ludźmi? A ja zostałem bez odpowiedzi. Bo i nie istnieje tu żadna dobra odpowiedź. Ale pokazuje też Chile z tej właśnie strony – wielkich podziałów społecznych. Tutaj ludzie bogaci mieszkają w „swoich” dzielnicach, chodzą do „swoich” szkół, wychodzą do „swoich” restauracji, nie korzystają z komunikacji publicznej i nie stykają się z ludźmi biednymi. Jedynym punktem stycznym są służące, wywodzące się z ludności ubogiej i pracującej jako służba u ludzi bogatych. Rozwarstwienie to powoduje wiele problemów i napięć w społeczeństwie Chile, które tak trudno zrozumieć.

 

 

Ciekawostki kulturowe – Misja w Chile

Mimi

Mimi to chłopak, który mógłby być twarzą Domów Serca w Chile. Członkowie Domów Serca na całym świecie kojarzą Mimiego, bo to rzeczywiście chłopak dla naszego Domu wyjątkowy. Ma 19 lat i chorobę, która powoduje, że jego ciało cały czas delikatnie się trzęsie. Ponadto jego rozwój umysłowy jest opóźniony, nie zachowuje się więc jak 19‐latek, lecz raczej jak 10‐latek. Do Domów Serca przychodził od samego początku jego istnienia, czyli gdy miał 9 lat. Przychodził i wciąż przychodzi, codziennie. To przykład jednego z największych i najwierniejszych przyjaciół Domów Serca. Zmieniają się wspólnoty i wolontariusze, a on zostaje, zawsze wierny. Jego przyjaźń jest zawarta w całym naszym ruchu, naszym charyzmacie, nie tylko z nami jako poszczególnymi osobami.
Gdy przychodzi, cały czas mówi o futbolu. Nie istnieje dla niego inny, ważniejszy temat. Opowida kto z kim gra, kto wygrał, kto przegrał. Później pyta czy pójdziemy grać z nim w piłkę. Czasami, gdy szedłem sam do jego domu, aby zaproponować mu grę w piłkę, jego radość była ogromna. Ktoś sam przyszedł, aby zaproponować mu grę w piłkę! Dla uczczenia takiej okazji, zawsze wtedy zakładał koszulkę reprezentacji Polski z Robertem Lewandowskim, którą mu podarowałem po przylocie do Chile. Gdy strzelał bramkę na boisku krzyczał głośno „Lewandooowski!” i pozdrawiał wyimaginowanych kibiców, jakby naprawdę zamienił się w Roberta Lewandowskiego.

Czasami Mimi spędza z nami niemal cały dzień, czasami wpada na 5 minut tylko po to, aby sprawdzić co robi każdy z nas. Najczęściej jednak przychodzi około 5 razy dziennie na chwilę, zawsze z daleka już wolając „tio Tobias!” albo „tio Rafa!” (jako że Mimi zawsze woła tylko męskich członków wspólnoty) zawsze wchodząc z taką samą radością. W Domu Serca szuka bowiem schronienia i uleczenia swoich ran. W dzieciństwie porzuciła go matka, teraz mieszka ze swoim ojcem, a matkę jedynie odwiedza. Ze względu na swoją niepełnosprawność jest wyśmiewany przez inne dzieciaki w dzielnicy. U nas szuka miłości i uwagi, której nie może odnaleźć w domu. On z kolei, przez swoją codzienną obecność, zmienia każdego z nas. Uczy nas cierpliwości, czułości, wyrozumiałości, skupienia i delikatności. Innymi słowy czyni naszą misję lepszą. Pokazuje nam także prostotę miłości, która odbywa się bez wielkich słów, zawiłych pojęć i skomplikowanych rozumowań, a opiera się na prostej obecności.

Ciekawostki kulturowe – Misja w Chile

Miriam

Spotykaliśmy ją od czasu do czasu na ulicy. Zawsze pijana lub pod wpływem narkotyków, mówiła coś mniej lub bardziej nieskładnie. Po chwili rozmowy zawsze kończyła ją szybko i uciekała. Jednego dnia spotkaliśmy ją dobrze ubraną, uczesaną, umalowaną i z wielkim uśmiechem. – Rzuciłam wszystko! Teraz jestem czysta – nie biorę nic, nie piję. Możecie mnie odwiedzić! Poszliśmy więc ją odwiedzić. I zastaliśmy inną Miriam – radosną, która dużo
mówi, która pracuje. Opowiadała nam o swoim życiu, o którym wcześniej nic nie wiedzieliśmy. Sporą jego część spędziła w Norwegii, gdzie wyleciała jako nastolatka. Tam była w różny sposób, ekonomiczny i seksualny, wykorzystywana. Swoją pierwszą córkę urodziła w wieku 14 lat. Wróciła do Chile i zmierzyła się z całą brutalnością życia tutaj – brakiem stałej pracy i narkotykami. Mieszkała ze swoim partnerem w warunkach poniżej godności człowieka. W jednym pokoju, który robił za sypialnię, łazienkę i kuchnię. Wszystkie pieniądze wydawała na alkohol i narkotyki. Rzuciła to wszystko z dnia na dzień. I, choć to niewytłumaczalne i szalone, mówi że zrobiła to dzięki nam. Dzięki pięciu dzieciakom z Domów Serca.

„Zawsze, gdy stawaliście obok mnie, żeby ze mną
porozmawiać, było mi wstyd za stan w jakim jestem.
Później zauważyłam, że wy nic nie chcecie, tylko
porozmawiać ze mną jak z człowiekiem. I to mi
uświadomiło, że ja też jestem człowiekiem, że mam
godność. Przypomnieliście mi, że jestem godna tego,
aby być kochaną. To znaczy, że warto rzucić nałóg i
żyć normalnie, że jestem godna, aby żyć normalnie.”

Zamieszkała razem ze swoja najstarszą córką i jej partnerem oraz ich dwójką dzieci. Później przez moment zamieszkała ze swoją matką chorą na raka oraz siostrą chora na schizofrenię. Niestety, wraz z końcem nałogów nie skończyły się jej problemy. Gdy wróciła do domu jej córka i partner stracili pracę, ponadto oby dwoje są uzależnieni od narkotyków. Brakowało im więc pieniędzy na jedzenie. Miriam przyszła do nas po pociechę. Przychodziła trzy dni pod rząd szukając u nas dobrego słowa i pociechy, nie pieniędzy. Zresztą, i pieniądze udało się Miriam znaleźć, przynajmniej na jakiś czas. Jednak po trzech tygodniach sytuacja się powtórzyła. Spotkaliśmy Miriam w drodze na wybrzeże. Mówiła, że chce rzucić się ze skał i popełnić samobójstwo. Zabraliśmy ją do Domu Serca i zaproponowaliśmy nocleg, aby mogła znaleźć chwilę wytchnienia. Następnego dnia jej córka wyrzuciła ją z domu. Teraz znów mieszka u matki i stara sie uzyskać od miasta wsparcie na nowe mieszkanie. Codziennie
dzwoni i dziękuje nam za to, co dla niej zrobiliśmy. Mówi, że dzięki nam odzyskała nadzieję i wiarę, że Bóg ją poprowadzi. Jeśli wyciągnał ją z nałogu, to i pomoże się utrzymać. Miriam jest dla mnie osobą, która w każdej sytuacji, mimo tylu krzyży i cierpień, które nosi, stara się szukać nadziei, radości, choćby były one ledwo zauważalne. Jest jak dziecko, które zachwyca się każdym szczegółem, najdrobniejszym gestem. Miriam jest także dla nas odbiciem całego „szaleństwa” Boga i Jego braku zahamowań. Tylko bowiem w Jego logice mieści się, aby pięciu dzieciaków uczynić narzędziami swojego miłosierdzia i ratować poprzez nich życie kobiety tak naznaczonej cierpieniem jak Miriam.

Ciekawostki kulturowe – Misja w Chile

Dzieci z boiska

Po drodze do naszej kaplicy znajduje się małe „boisko”. W zasadzie to kawałek płaskiej ziemi, długiej na około 6 m i szerokiej na 2 m, które dzieci zaadaptowały na boisko. – Tio, idziesz grać z nami? („tio” znaczy wujek) – krzyczą za każdym razem, gdy przechodzę obok boiska zmierzając do kaplicy. Gdy z niej wracam, pytają o to samo. Zawsze z tą samą nadzieją, że znajdę dla nich czas i pogramy chwilę. I zawsze kiedy tylko mogę, znajduję chociaż pięć minut na grę z nimi.W wołaniu mnie czy przyjdę grać przewodzi Wilson. Czasami nie widzę gdzie jest, potrafi mnie on bowiem dostrzec z każdego miejsca, ale gdy słyszę głośne „Tiooo!!!”, wiem, że to Wilson zaraz wybiegnie zza rogu. Wilson ma 8 lat i jest dla mnie wyjątkowym dzieckiem. Szuka mnie zawsze na ulicy, przybiega i przytula się. I często nic więcej. Po prostu przytula się do mnie z wielkim uśmiechem na twarzy. Zaraz za nim często biegnie Nico, chłopiec mający 4 lata, i jego siostra Anai, która ma 6 lat. Wszystkie przyklejają się do mnie i nie chcą puścić. „Przyszedłeś się z nami bawić?” pytają zawsze. Gdy idę grać z nimi w piłkę i pytam, kto jest ze mną w drużynie, wszystkie rzucają się, zęby ze mną grać. Te dzieci to dla mnie wielcy nauczyciele miłości. Nie czekają, aż nauczę się języka, aż będę mogli z super poprawną gramatyką i wymową wytłumaczyć im coś, aż przystosuję się do kultury. Nie czekają na nic. Kochają mnie takim jaki jestem. I nie oczekują niczego ponad to, aby poświecić im chwilę czasu i uwagi. Raz, gdy szedłem razem z Ewą do kaplicy na adorację, chcieli pójść z nami. „Ale będziemy tam przez godzinę w ciszy się modlić” – tłumaczymy im „My też będziemy!” – zapewniają nas. Wchodzimy do kaplicy i otwieramy Najświętszy Sakrament. Dzieciaki podchodzą aż pod samo tabernakulum, z oczami pełnymi zdumienia. Dlaczego modlimy się klęcząc? Co jest w tej Hostii, ze jesteśmy w nią wpatrzeni? Wytrzymują na adoracji pięć minut i zaczynają się nudzić. Wypuszczamy je więc z kaplicy. Gdy po godzinie niej wychodzimy słyszymy znów: „Tioooo!!!”.

Ciekawostki kulturowe – Misja w Chile

Señora Rosa

Jeśli miałbym wybrać jedną osobę z naszej dzielnicy, która wydaje mi się być najbardziej radosną, wybrałbym señorę Rosę. Gdybym miał wybrać osobę, która żyje w najgorszych, najbardziej ubogich warunkach, również wybrałbym señorę Rosę. Patrząc na nią często ciężko jest uwierzyć, że można być tak radosnym, mając tak mało. Señora Rosa jako dziecko została potrącona przez samochód. Wylądowała w szpitalu z diagnozą, zgodnie z którą nigdy nie miała już chodzić. Nie traciła jednak wiary i leżąc w łóżku powierzała wszystko Jezusowi. Jak sama zawsze wspomina, pewnego dnia modliła się i uznała, że dziś wstanie z łóżka i będzie chodzić. I tak też się stało! Ku zdumieniu wszystkich lekarzy wstała i zaczęła chodzić. Dokonał się prawdziwy cud… Dziś señora Rosa ma prawie 70 lat. Mieszka w domu złożonym z drewnianych płyt, z otworem na okno, ale bez szyby, z drzwiami wejściowymi, ale bez zamka w nich. Nie ma wody, prądu ani gazu. Jej dom składa się z wąskiego korytarza i jej pokoju, który cały zastawiony jest starymi ubraniami, zepsutymi mikrofalami czy telewizorami, po podłodze biegają szczury. Pośród tego wszystkiego znajduje się señora Rosa, leżąc na swoim łóżku, obok mając malutki stoliczek, aby położyć chleb i wodę. Aby dojść do jej domu trzeba przejść przez podwórko, na którym zawsze znajduje się grupka około 10 osób pijących alkohol cały dzień, każdego dnia. Wśród tych osób jest także dwójka synów señory Rosy. Jak pośród tego wszystkiego można być radosnym? To tajemnica señory Rosy, którą staramy się odkryć podczas każdej wizyty w jej domu… W ostatnim czasie stan zdrowia señory Rosy mocno się pogorszył. Poszliśmy z nią do przychodni niedaleko jej domu. Tam lekarze, przerażeni stanem jej zdrowia, skierowali ją do innej przychodni. Stamtąd do szpitala. A z tego szpitala do kolejnego szpitala. Cała ta podróż trwała ponad 12 godzin! Kiedy w końcu znalazła swoje łóżko w szpitalu okazało się, że ma problemy z sercem i nerkami. Do tego doszły problemy z chodzeniem. Po dwóch tygodniach, gdy stan jej zdrowia się polepszył, wróciła do domu. Po tygodniu jednak znów wróciła do szpitala. Teraz na nowo jest w domu. Poszliśmy ją odwiedzić i sprawdzić czy ma wszystkie leki, jakie przepisali jej lekarze. Pierwszy raz widziałem ją smutną. Opowiadała o tym jak ciężko jej żyć z dwójką synów uzależnionych od alkoholu, którzy nie przejmują się nią ani trochę (podczas jej dwutygodniowego pobytu w szpitalu odwiedzili ją zaledwie 2 lub 3 razy). O tym, że jedno z jej dzieci „ukradł” jej przyjaciel jej mamy, przekupując lekarzy, aby bez badań uznali ją za niepoczytalną umysłowo i odebrali opiekę nad dzieckiem. O tym, że musi chować pieniądze, które otrzymuje jako pomoc od państwa, w sklepie obok, gdyż w domu jej synowie od razu je ukradną. I o tym, że nie chce przenieść się do domu opieki, bo mimo wszystko tu gdzie jest, jest jej dom. Na koniec wizyty nie zapomniała jednak powiedzieć, że mimo wszystko dziękuje Bogu za wszystko co ma i za wszystko co było jej dane przeżyć. Rozstawała się z nami z uśmiechem…

Ciekawostki kulturowe – Misja w Chile

Kościół w Chile

Celebracja Wielkiego Tygodnia, z absencją księży i skracaniem liturgii, bardzo wyraźnie pokazała wszystkie bolączki Kościoła w Chile.

Tutejszy Kościół przyjął następujący system: każda parafia składa się z kościoła parafialnego i kilku – kilkunastu kaplic, umieszczonych w każdym rejonie dzielnicy. Sens tego rozwiązania jest taki, aby Kościół był bliżej ludzi, aby fizycznie zbliżyć budynek kościoła do ludzi. W wyniku jednak dramatycznego braku powołań kapłańskich w Chile, w każdej kaplicy odbywa się tylko jedna msza w tygodniu, w sobotę wieczorem. Nie zawsze jednak jest to msza święta, a jedynie celebracja liturgiczna sprawowana przez diakona wieczystego (ma wszystkie elementy mszy świętej za wyjątkiem przemienienia, którego może dokonać tylko ksiądz). Przyjęty system małych kaplic spowodował także, że wspólnota parafialna jest tu bardzo podzielona, a ludzi w kościele mało. Na sobotnią mszę w naszej kaplicy przychodzi około 10 osób…

Brak księży w Chile to wielki krzyż tego kraju, który co chwila rzuca się w oczy. Każdy kościół w dzień powszedni ma jedną mszę dziennie (z wyjątkiem poniedziałków, które są dniem odpoczynku dla księży, i w które trzeba naprawdę mocno poszukać, aby znaleźć kościół, w którym odprawiana jest msza), w niedziele dwie lub trzy. Księża zazwyczaj nie są dostępni w konfesjonałach, aby się wyspowiadać trzeba poszukać księdza po mszy i poprosić, aby znalazł czas w swoim harmonogramie tygodnia (dopiero tu widzę, jak często nie doceniamy w Polsce dostępności spowiedzi!). Aby rozdawać komunię świętą upoważnione są tu także osoby świeckie. Kościół w Chile wielkim kultem obdarza Maryję. Matka Boska z Karmelu jest patronką Chile. Msza święta zawsze kończy się wspólną modlitwą Zdrowaś Maryjo lub pieśnią ku czci Maryi. W każdym kościele znajduje się wizerunek Maryi, czasami, tak jak ma to miejsce w naszej parafii w Chile, znajduje on miejsce centralne na ołtarzu, kosztem wizerunku Jezusa!

Ciekawostki kulturowe – Misja w Chile

Wielkanoc

W Ameryce Południowej Wielkanoc przypada na jesień, nie tak jak w Europie na wiosnę. Symbole Wielkanocne są więc nieco inne niż w Polsce, brak bowiem wszelkich odniesień do natury, zieleni i rozkwitu. Wspólny jest jednak zwyczaj chowania słodyczy dla dzieci. Obchodzi się tutaj, inaczej niż w Polsce, tylko Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego, Poniedziałek Wielkanocny jest tu normalnym dniem pracy. W Niedzielę Wielkanocną, po mszy, zorganizowaliśmy obiad dla naszych przyjaciół z dzielnicy. Przyszło około 15 osób, ostatni z gości wychodzili o godzinie 23. Po raz kolejny tego dnia Dom Serca stał się miejscem spotkania pokoleń, wyznań i narodowości.

 Ciekawostki kulturowe – Misja w Chile

„Nie szukaj pokoju, lecz tam, gdzie jesteś, ofiaruj siebie, przestań przyglądać się sobie, lecz spójrz na twych braci i siostry, będących w potrzebie. Trwaj w bliskości tych, których Bóg stawia na twojej drodze w dniu dzisiejszym i pracuj, używając tych narzędzi, którymi dysponujesz. Zastanów się raczej nad tym, jak dzisiaj lepiej pokochać twych braci i siostry. Wówczas odnajdziesz pokój: znajdziesz wytchnienie i tę osławioną, a upragnioną równowagę pomiędzy tym co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne, pomiędzy działaniem a modlitwą, czasem dla siebie a czasem dla innych. Wszystko znajdzie rozwiązanie pośród miłości.” Jean Vanier

Drodzy Przyjaciele, mijają kolejne dwa miesiące mojej misji w Chile. To już poł roku od kiedy wyjechałem z Polski! Maj 2018

 

CIEKAWOSTKI JĘZYKOWE – MISJA W CHILE

Pod względem językowym Chile jest dość ciekawe. Praktycznie nie wymawia się tu ‚s’ na końcu zdania (np. ma o meno). W drugiej osobie l.poj. mówi się ‚i’ na końcu słowa, nie -es, -as (np. Donde vai?, quieri?). W wymowie przedłuża się też samogłoski (np. A doooonde?, tengo haaaambre).

Co do kultury mocna jest tu identyfikacja z partią polityczną i z klubem piłkarskim. Są więc np. W sklepach typu monopolowy czy warzywniak zdjęcia Salvadora Allende i Santiago Wanderers (tutejsza ekipa) i nikogo to nie razi.

Ciekawostki kulturowe – Misja w Chile – Don Luis

Don Luis

Halo, Punto Corazón! Polaco! – woła don Luis widząc mnie zbliżającego się do niego na ulicy. Siedzi na chodniku oparty o ścianę sklepu monopolowego. Jest pijany, ma brudne ubranie na sobie, czuć, że nie mył się od wielu dni.

– Kocham cię bardzo – mówi ze łzami w oczach i podaje mi dłoń.

– Ja też cię kocham don Luis.

– Ooo, ktoś mnie kocha, w takim razie nie umrę…

Don Luis jest sąsiadem Domów Serca. Zawsze przychodził do nas, często trzy razy dziennie, tylko po to, żeby porozmawiać. Ma niesamowitą potrzebę rozmowy, potrafi mówić sam przez poł godziny. Nie przeszkadzało mu nawet to, że nie rozumiałem ani słowa z tego, co mówił.

Gdy miał dwa lata porzuciła go matka. Wychowywała go żona jego ojca – senora Ana (o której wspominałem w poprzednim liście). To razem z nią i swoim ojcem mieszkał obok nas. Od prawie trzech miesięcy mieszka na ulicy, pracując na parkingu i upijając się każdego dnia tanim alkoholem, wdając się w bójki i wyzywając ludzi.

www.domyserca.pl

Don Luis jest jednak dla mnie przykładem człowieka, którego, aby zrozumieć, trzeba prześledzić całą jego historię.

Jak wspomniałem, w wieku dwóch lat został porzucony przez swoją matkę. Choć nie pamięta tego wydarzenia, to jednak poczucie opuszczenia towarzyszy mu do dziś. Często wspomina, że jego prawdziwa matka mieszka w Argentynie, a senora Ana to tylko jego macocha. Dwukrotnie był żonaty, pierwszy raz w wieku nastoletnim ze swoją kuzynką, do czego zmusiła go rodzina. Nie poznał swoich dzieci, nie ma z nimi kontaktu. Jego ojciec jest półanalfabetą i przez większość życia był alkoholikiem. Don Luis również zaczął pić. Dziś ma 50 lat, etapy trzeźwości przerywa ciągami alkoholowymi. Gdy jest trzeźwy dał się poznać jako sympatyczny człowiek zawsze chętny do pomocy i żartów. Jego hobby jest taniec (w wieku 8 lat został mistrzem regionu w tańczeniu cuequi) i rysowanie (jeden ze swoich rysunków podarował mi na powitanie).

Dziś spotykam go na ulicy zawiniętego w koc, śpiącego na rogu chodnika, wystawionego na wzrok ludzi i chłód nocy. Nie chce wrócić do domu i przestać pić. Pokłócił się z señorą Aną, po tym jak włamał się do własnego domu, aby ukraść narzędzia i sprzedać je, a pieniądze przeznaczyć na alkohol. Czasami gdy spotykamy go na ulicy, ma łzy w oczach, ale tylko przez chwilę, później otrząsa się z nich, jakby wstydząc się swojej słabości. Jednak przez tę chwilę ma wzrok dziecka – zagubionego, zranionego i pragnącego miłości.

– Jestem Luis Roberto Osorio! – woła na ulicy, jakby chcąc przypomnieć światu, że wciąż istnieje…

Ciekawostki kulturowe – Misja w Chile

Więzienie

– Jestem mały, ale zły. Jak to będzie po angielsku? – pyta mnie Manuel, 23 letni chłopak odsiadujący swoja karę w więzieniu w Valparaiso, które odwiedzamy raz w tygodniu.

– I am small, but bad – odpowiadam.

– Kiedyś dźgnąłem strażnika nożem. Zobacz, mniej więcej czymś takim – wyciąga z kieszeni niewielki, ostro zakończony śrubokręt. – Podszedłem do strażnika i dźgnąłem go. Potem przez rok siedziałem w celi dla najbardziej niebezpiecznych więźniów.

– I po co to zrobiłeś? Chciałeś uciec?

– Nie, po prostu to lubię – odpowiada ze szczerym uśmiechem – Lubię walczyć na noże… Zobacz, teraz w więzieniu każdy mnie szanuje. Całe więzienie wie, że to ja zaatakowałem strażnika. Mam szacunek. Wysłali za mną „psa”.

Rozumiesz, gościa, który miał mnie zabić, bo zaatakowałem strażnika. Ale się obroniłem – prezentuje mi pokaźną bliznę na lewym przedramieniu. – Zasłoniłem się przed ciosem ręką. Poszło dużo krwi, ale przeżyłem. I am small, but bad – mówi łamanym angielskim robiąc groźną minę i napinając mięśnie. Nie wiem co powiedzieć, patrzę tylko na niego nie mogąc uwierzyć, że w tym wesołym, zawsze uśmiechniętym chłopaku jest tyle agresji, złości i chęci zadawania bólu. Mówi jeszcze coś o tym, że czuje się w więzieniu jak gladiator. Potem sięga do worka ze swoim jedzeniem i częstuje mnie jogurtem.

– Najpierw nauczę się angielskiego, a potem hiszpańskiego. Będę wtedy znał trzy najczęściej używane języki na świecie. I jak wyjdę na wolność pójdę do szkoły, a potem na uniwersytet – mówi z błyskiem w oczach. – Jestem Twoim przyjacielem, Rafael.

– A ja Twoim Manuel, pamiętaj o tym.

Po tej rozmowie nie widzieliśmy go w więzieniu przez miesiąc. Pytam więc innych więźniów, gdzie mogę go znaleźć. Mówią, że źle się zachowywał i przenieśli go do innego modułu. Prosimy strażników, aby go zawołali. Przychodzi. Jest zdumiony. – To wy mnie zawołaliście? – ciężko przychodzi mu zrozumienie, że o nim pamiętamy. – Pokłóciłem się z jednym z więźniów z modułu 109, wbił mi nóż w nogę – prezentuje dwie blizny nieco nad prawa kostka. – Przenieśli mnie więc do 105, to bardziej skomplikowany moduł. Wysłali za mną „psa”. Próbował dwa razy – kontynuuje pokazywanie blizn, jedna na lewym boku i dwie nieco poniżej karku. – Dla bezpieczeństwa przenieśli mnie do 102. – Przez całą naszą rozmowę obserwuję jego wzrok pełen strachu i nerwowego napięcia. Mówi przyciszonym głosem, cały czas rozgląda się na boki szukając czy nie ma kogoś, kto chce go zaatakować. Spodnie ma brudne od krwi.

Mision pais

Miedzy 2 a 12 stycznia pojechałem wraz z grupą studentów na południe Chile, do wsi Chamiza, obok Puerto Montt.

Projekt o nazwie Mision Pais jest inicjatywą Universidad Catolica skierowaną do studentów, aby wyjechać w te części Chile, gdzie wiara katolicka jest słaba lub gdzie brakuje księży. Naszym zadaniem było odwiedzanie ludzi w ich domach, spędzanie z nimi czasu, a także organizowanie warsztatów i zabaw dla dzieci i ich rodziców. Każdego dnia wieczorem zapraszaliśmy wszystkich na mszę świętą.

Wyjazd ten był dla mnie wielkim przeżyciem. Była to szansa, aby zobaczyć jak wygląda deszczowe i zielone południe Chile, ale przede wszystkim była to szansa, aby poznać innych ludzi w moim wieku zaangażowanych w życie Kościoła (a zasadniczo w Chile nie jest ich dużo), a także poznać ludzi żyjących w Chamizie, ich zwyczaje i historię. Jedna z nich dotknęła mnie szczególnie.

Jak każdego dnia wyjazdu poszliśmy odwiedzać mieszkań- ców. Jedna z rodzin, które spotkaliśmy zaprosiła nas na obiad. W domu mieszkał około 60 letni mężczyzna z żoną oraz ich córka z dwójką dzieci. Ona opowiedziała nam historię swojego męża. Został zastrzelony przed drzwiami swojego domu na oczach dzieci i całej rodziny. – Byliśmy obrażeni na Boga, że do tego dopuścił. Ale teraz powoli wracamy do Kościoła. Wy jesteście dla nas kolejnym znakiem i nadzieją, że uda się to zrobić.

Towarzyszyliśmy im przez całe 10 dni i obserwowaliśmy radość dzieci i wysiłek jaki wkładała w każdy dzień ich matka i ich dziadkowie. I podziwialiśmy jak w każdym dniu na nowo odkrywają Boga i Jego miłość. To oni byli dla nas nadzieją. Nadzieją na to, że powrót jest zawsze możliwy.

Nowy dom
W grudniu rozpoczęliśmy pracę nad budową nowego domu. Do tej pory na jednej parceli znajdowały się dwa domy. Jeden z nich był już jednak stary i nie nadawał się do użytku. Został więc zburzony, a my przenieśliśmy się do drugiego domu, aby żyć tam w czwórkę całą wspólnotą. Obecnie dwóch pracowników od poniedziałku do piątku pracuje nad budową nowego domu. Koniec prac przewidziany jest na kwiecień br. W międzyczasie zmienił się także skład osobowy, który nasz Dom Serca tworzy. Sol z Argentyny zakończyła bowiem swoją misję na początku lutego. W styczniu zaś przyleciała nasza nowa siostra wspólnotowa – Gioconda z Kostaryki.

Wizyta papieża
Mieliśmy niesamowitą okazję, aby zobaczyć papieża Franciszka, który przyjechał do Chile 13 stycznia br. Piszę niesamowitą, bo trzeba pamiętać, że to dopiero drugi raz w historii, gdy papież przyjeżdża do Chile. Wcześniej uczynił to tylko Jan Paweł II. Pojechaliśmy więc do Santiago, stolicy Chile, aby uczestniczyć w sprawowanej przez papieża mszy świętej, a dzień później w spotkaniu papieża z młodymi.
Głównym przesłaniem wizyty papieża był pokój. „Kto chce pokoju, musi pracować dla pokoju” – powiedział papież w trakcie homilii. To ważny przekaz dla całego kontynentu, który, z powodu różnic społecznych i napięć z tym związanych, nie jest spokojny i bezpieczny. Do młodych papież skierował wezwanie, aby zawsze zastanawiali się, co na ich miejscu zrobiłby Jezus. Wizyta Franciszka była też okazją, aby zobaczyć siłę Kościoła w Chile. Na co dzień nie jest on bowiem zbyt silny, sama wizyta papieża również spotkała się z licznymi protestami. Oby ta pielgrzymka była impulsem dla Kościoła w Chile, który zmaga się z brakiem powołań kapłańskich i małą liczbą wiernych.
Boże Narodzenie

Nasz dom był w okresie Bożego Narodzenia pełen ludzi. Więcej niż pełen. Na kolację wigilijną, którą tu spożywa się po mszy o 20:00, przyszło ponad 20 osób. Samotne osoby z dzielnicy, byli wolontariusze, zaprzyjaźnione rodziny. Dom był cały czas otwarty, niektórzy nasi przyjaciele przychodzili w okolicach godziny 23:00. Wcześniej, jeszcze przed mszą, razem z dziećmi z dzielnicy, poszliśmy odwiedzić domy naszych przyjaciół, aby zaśpiewać im kolędy. Zobaczyć ich radość oznaczało dla mnie zobaczyć co tak naprawdę oznacza „Magia Świat”. W dzień Bożego Narodzenia (a obchodzi się tu tylko jeden dzień Świąt) znów zaprosiliśmy przyjaciół z dzielni na świąteczny obiad. Niektórzy z nich, dopóki nie wyciągnęliśmy ich z ich domów, płakali w samotności, że zapomniała o nich rodzina i nikt ich nie zaprosił. Widząc ich późniejszą radość widziałem jak faktycznie Bóg się rodzi miedzy nami – niezależnie od naszej narodowości (a byliśmy w gronie chilijsko-argentyńsko-polsko- peruwiańsko-francuskim), wyznania (byli z nami także ewangelicy), czy wieku (przedział wiekowy od 21 do 70 lat).

Nowy dom

Znajdujemy się w ważnym dla wspólnoty momencie zmiany i budowy nowego domu. Dom, w którym do tej pory
mieszkaliśmy nie nadawał się już do użytku, był bardzo stary i zniszczony. W ciągu najbliższych trzech miesięcy
powstać ma nowy dom. Oby wszystko się udało!

Ludzie

Każdego dnia wychodzimy z Domu Serca i udajemy się odwiedzić naszych Przyjaciół w dzielnicy. Każdego dnia poznaję kogoś nowego, poznaję ich również co raz lepiej. Ile już zdążyli mnie nauczyć! Dzięki nim nie jestem już pewny czym jest wiara, wiem natomiast jak wygląda człowiek wierzący. Poznałem bowiem señorę Cecilię, która od 32 lat samotnie opiekuje się swoim synem Diego, od urodzenia chorym na epilepsję, od paru lat przykutym do łóżka. Widziałem jak z troską poprawia mu kołdrę, jak kładzie go na łóżko, mimo że jest większy i cięższy od niej. Widziałem z jaką radością głaszczę go po twarzy, z jaka radością opowiada o nim i o pozostałych synach. Słyszałem jak zaczyna każdy dzień z wiarą, będąc przekonana, że taki, a nie inny jest zamysł Boga. Tak samo wierzącą osobą jest Valentina, która mając 19 lat wyszła za mąż, urodziła dziecko, a parę miesięcy później jej mąż, na skutek wypadku, został całkowicie sparaliżowany. Przez kolejne 20 lat opiekowała się dzieckiem i mężem słuchając uwag od swoich teściów, że jest szalona i nie umie się nim zająć. Gdy jej teściowa śmiertelnie zachorowała, zaczęła opiekować się również nią. A wszystko to ofiarowywała Bogu i Jego szukała w każdej z tych osób. Gdy rozmawiam z nią dziś, nie skarży się, nie upada na duchu, nie ma pretensji do losu. Przeciwnie, jest wdzięczna Bogu za to, czego doświadczyła…
Słowo „strata” jest słowem kluczowym dla naszej dzielnicy. Niemal każdy jej mieszkaniec, często w brutalny sposób, został pozbawiony czegoś ważnego. Czy można pogodzić się z utratą dzieci? Albo odrzuceniem przez rodziców? Utratą dzieciństwa? A może w ogóle z utratą człowieczeństwa? Co to w ogóle znaczy pogodzić się? Odpowiedź na te pytania, to jedna z największych tajemnic naszej dzielnicy. W jaki sposób señora Ana wyrzucona na ulicę w wieku 16 lat, która zmuszona była wziąć ślub z praktycznie obcym jej mężczyzna, starszym od niej o 40 lat, jest w stanie dziś mieć w sobie tyle ciepła, miłości i współczucia? Przecież wydarzenia, przez które przeszła powinny zaprowadzić ją na sam skraj rozpaczy… Nie znajduje innej odpowiedzi oprócz tej, że señora Ana i wielu innych z naszej dzielnicy nauczyło się żyć dniem dzisiejszym i ufać. Nauczyli się patrzeć na przeszłość jak na krajobraz, którego nie można zmienić. Na niewiele zda się tu zabawa słowami i porównaniami, trzeba jedynie uświadomić sobie wysiłek każdej z tych osób, aby każdego dnia stawać przed swoją przeszłością i swoimi słabościami i nieść swój Krzyż. Nasi przyjaciele z dzielnicy uczą mnie, że nie warto szukać miłości wśród pojęć. Bo słowa same w sobie nic nie znaczą. Najpiękniejsza teoria miłości rozbija się bowiem o codzienne zmywanie, sprzątanie, pranie wstawanie… Zajęcia te są nużące i nie mają w sobie nic ze wzniosłości miłości jako pojęcia. Jednak to właśnie ten codzienny trud prozaicznych czynności jest prawdziwą i żywą miłością. Taka przynajmniej jest miłość ludzi z Porvenir Bajo. Raz w tygodniu udajemy się na apostolat do domu opieki dla osób z problemami psychicznymi. Ośrodek ten wypełniony jest smutkiem. Jest miejscem życia ludzi snujących się po zaniedbanych pokojach wypełnionych
dawno zużytymi rzeczami. Życie zdaje się omijać ludzi tam żyjących. W rozmowach często burzy się ich poczucie czasu, dla nich wczoraj może oznaczać 20 lat temu, a jutro znaczy za 5 lat. Zawsze odmawiamy z nimi różaniec. To właśnie podczas modlitwy poznałem don Pedro, około 70 letniego mężczyznę mieszkającego od paru lat w ośrodku. Poznałem go drugiego dnia misji, kiedy prawie nic nie rozumiałem i z nikim nie mogłem porozmawiać, oprócz don Pedro, który płynnie posługuje się językiem angielskim. W nim spotkałem osobę, która w końcu mogła mnie zrozumieć i którą ja mogłem zrozumieć. A przecież w ogóle nie spodziewałem się znaleźć zrozumienia w tym miejscu! Nie do końca znamy historię don Pedro, wiemy jednak, że jest bardzo dobrze wykształcony, szkolił się na architekta. W ośrodku czuje się bardzo samotny i niedoceniany. Ma syna i zawsze w modlitwie prosi, aby mógł go spotkać. Trzyma w swoim pokoju przygotowane dla niego prezenty. Czasami przekonuje nas, że jutro przyjdzie jego rodzina i wyciągnie go z ośrodka. Wiemy jednak, że przecież nikt nie przyjdzie po niego jutro…

 

Wspólnota

Na co dzień mieszkamy w cztery osoby: Sol i Tobias z Argentyny oraz Ewa i ja z Polski. Przez pierwsze dwa tygodnie mojej misji mieszkała razem z nami siostra Miriam z Brazylii, zwykle mieszkająca w Peru. Przez ostatnie tygodnie mieszka z nami również nasz wizytator, czyli osoba odpowiedzialna za dany Dom Serca, Vicente, który jest Francuzem, a na co dzień żyje w Domu Serca w Salwadorze.

Dzień

Każdy dzień toczy się według określonego schematu. Pobudka i modlitwa jutrznią o godzinie 7:00 rano. Później godzinna adoracja, czas na sprzątanie, gotowanie i obiad. Następnie o 15:30 modlimy się różańcem wraz z dziećmi z dzielnicy, przychodzącymi do Domu Serca i tym samym zaczynamy tak zwaną „permanencję”, czyli 2,5 – 3h zabaw z dziećmi. Zajmuje się tym jedna, codziennie inna, osoba, podczas gdy reszta ten czas spędza na odwiedzaniu naszych przyjaciół w dzielnicy. Spotykamy się około godziny 18:00-18:30, aby modlić się nieszporami. Następnie uczestniczymy we Mszy Świętej, jemy wspólnie kolację i modlimy się kończąca dzień kompletą. Jeszcze przed wyjazdem często dostawałem pytania o to, czemu tak dużo modlimy się w Domu Serca. Skoro jedziemy tysiące kilometrów, to powinniśmy tam jak najwięcej pomagać, działać, budować… Po co aż tyle modlitwy? To ładnych parę godzin dziennie, które można by wykorzystać na odwiedziny znajomych w dzielnicy. Trzeba jednak docenić siłę rytuału. Gdyby modlitwy nie było tyle, mniej byśmy pomogli! Dzięki

Dzielnica

Zachwyca mnie nasza dzielnica, w której mieszkamy na co dzień – Porvenir Bajo. Można nazwę tę przetłumaczyć jako „kiepski los”. To dużo już o niej mówi. W końcu w przewodnikach turystycznych oznaczana jest jako dzielnica niebezpieczna, do której turyści nie powinni się zapuszczać. Gdy jednak wejdzie się na wzgórze, na którym znajduje się dzielnica, widok zapiera dech w piersiach. Ukazuje nam się bowiem ogrom oceanu i odbijające się w jego falach słonce. To bardzo dziwne, że właśnie w tej dzielnicy biedy, dzielnicy domów z blachy i kartonu, dzielnicy pijaństwa i narkomanii, rozciąga się widok tak niezwykły. Nigdzie nie można czuć się bardziej wolnym i niezależnym niż na oceanie. Ale też nigdzie bardziej samotnym i zagubionym. Nigdzie słońce nie zachodzi piękniej niż nad oceanem, ale też nigdzie nie przybiera oblicza tak melancholijnego. Widok ten jest pięknym odbiciem naszej dzielnicy: pięknej, ale biednej, radosnej, ale poranionej, spokojnej, ale przytłoczonej zmartwieniami.

Bogaci i biedni

W Chile nie istnieje klasa średnia. Jest się albo bogatym albo biednym. I widać to od razu. Bogaci praktycznie zawsze mają obce pochodzenie (najwięcej jest tu Niemców) i są biali. Na gruncie języka bogaci zbitkę ‚sh’ wymawiają jako ‚ć’, a biedni jako ‚sz’. Także różna jest wymowa nazwy kraju. Bogaci mówią ‚ćile’, a biedni ‚szile’.
Ponadto dużo jest modismos chilenos. Każde zdanie kończy się nic nieznaczącym ‚po’ (np. si po). Rozumiesz to cachai, brzuch to guata, chodzić z kimś to pololear.

Język hiszpański w Chile

Największy problem sprawia mi właśnie język, który, jak mówią sami Chilijczycy, jest językiem chilijskim, a nie hiszpańskim. Jest około 2 tys. chilenismos, czyli słów wyłącznie chilijskich. A mieszkam z dwoma Argentyńczykami, którzy dodają słowa argentyńskie. I bardzo silny akcent argentyński. Chilijczycy mówią najszybciej z całej Ameryki Południowej, w dodatku niewyraźnie i nie przejmują się gramatyką.

Don Luis

Halo, Punto Corazón! Polaco! – woła don Luis widząc mnie zbliżającego się do niego na ulicy. Siedzi na chodniku oparty o ścianę sklepu monopolowego. Jest pijany, ma brudne ubranie na sobie, czuć, że nie mył się od wielu dni.

– Kocham cię bardzo – mówi ze łzami w oczach i podaje mi dłoń.

– Ja też cię kocham don Luis.

– Ooo, ktoś mnie kocha, w takim razie nie umrę…

Don Luis jest sąsiadem Domów Serca. Zawsze przychodził do nas, często trzy razy dziennie, tylko po to, żeby porozmawiać. Ma niesamowitą potrzebę rozmowy, potrafi mówić sam przez poł godziny. Nie przeszkadzało mu nawet to, że nie rozumiałem ani słowa z tego, co mówił.

Gdy miał dwa lata porzuciła go matka. Wychowywała go żona jego ojca – senora Ana (o której wspominałem w poprzednim liście). To razem z nią i swoim ojcem mieszkał obok nas. Od prawie trzech miesięcy mieszka na ulicy, pracując na parkingu i upijając się każdego dnia tanim alkoholem, wdając się w bójki i wyzywając ludzi.

Don Luis jest jednak dla mnie przykładem człowieka, którego, aby zrozumieć, trzeba prześledzić całą jego historię.

Jak wspomniałem, w wieku dwóch lat został porzucony przez swoją matkę. Choć nie pamięta tego wydarzenia, to jednak poczucie opuszczenia towarzyszy mu do dziś. Często wspomina, że jego prawdziwa matka mieszka w Argentynie, a senora Ana to tylko jego macocha. Dwukrotnie był żonaty, pierwszy raz w wieku nastoletnim ze swoją kuzynką, do czego zmusiła go rodzina. Nie poznał swoich dzieci, nie ma z nimi kontaktu. Jego ojciec jest półanalfabetą i przez większość życia był alkoholikiem. Don Luis również zaczął pić. Dziś ma 50 lat, etapy trzeźwości przerywa ciągami alkoholowymi. Gdy jest trzeźwy dał się poznać jako sympatyczny człowiek zawsze chętny do pomocy i żartów. Jego hobby jest taniec (w wieku 8 lat został mistrzem regionu w tańczeniu cuequi) i rysowanie (jeden ze swoich rysunków podarował mi na powitanie).

Dziś spotykam go na ulicy zawiniętego w koc, śpiącego na rogu chodnika, wystawionego na wzrok ludzi i chłód nocy. Nie chce wrócić do domu i przestać pić. Pokłócił się z señorą Aną, po tym jak włamał się do własnego domu, aby ukraść narzędzia i sprzedać je, a pieniądze przeznaczyć na alkohol. Czasami gdy spotykamy go na ulicy, ma łzy w oczach, ale tylko przez chwilę, później otrząsa się z nich, jakby wstydząc się swojej słabości. Jednak przez tę chwilę ma wzrok dziecka – zagubionego, zranionego i pragnącego miłości.

– Jestem Luis Roberto Osorio! – woła na ulicy, jakby chcąc przypomnieć światu, że wciąż istnieje…