Señora Rosa

Jeśli miałbym wybrać jedną osobę z naszej dzielnicy, która wydaje mi się być najbardziej radosną, wybrałbym señorę Rosę. Gdybym miał wybrać osobę, która żyje w najgorszych, najbardziej ubogich warunkach, również wybrałbym señorę Rosę. Patrząc na nią często ciężko jest uwierzyć, że można być tak radosnym, mając tak mało. Señora Rosa jako dziecko została potrącona przez samochód. Wylądowała w szpitalu z diagnozą, zgodnie z którą nigdy nie miała już chodzić. Nie traciła jednak wiary i leżąc w łóżku

www.domyserca.pl

powierzała wszystko Jezusowi. Jak sama zawsze wspomina, pewnego dnia modliła się i uznała, że dziś wstanie z łóżka i będzie chodzić. I tak też się stało! Ku zdumieniu wszystkich lekarzy wstała i zaczęła chodzić. Dokonał się prawdziwy cud… Dziś señora Rosa ma prawie 70 lat. Mieszka w domu złożonym z drewnianych płyt, z otworem na okno, ale bez szyby, z drzwiami wejściowymi, ale bez zamka w nich. Nie ma wody, prądu ani gazu. Jej dom składa się z wąskiego korytarza i jej pokoju, który cały zastawiony jest starymi ubraniami, zepsutymi mikrofalami czy telewizorami, po podłodze biegają szczury. Pośród tego wszystkiego znajduje się señora Rosa, leżąc na swoim łóżku, obok mając malutki stoliczek, aby położyć chleb i wodę. Aby dojść do jej domu trzeba przejść przez podwórko, na którym zawsze znajduje się grupka około 10 osób pijących alkohol cały dzień, każdego dnia. Wśród tych osób jest także dwójka synów señory Rosy. Jak pośród tego wszystkiego można być radosnym? To tajemnica señory Rosy, którą staramy się odkryć podczas każdej wizyty w jej domu… W ostatnim czasie stan zdrowia señory Rosy mocno się pogorszył. Poszliśmy z nią do przychodni niedaleko jej domu. Tam lekarze, przerażeni stanem jej zdrowia, skierowali ją do innej przychodni. Stamtąd do szpitala. A z tego szpitala do kolejnego szpitala. Cała ta podróż trwała ponad 12 godzin! Kiedy w końcu znalazła swoje łóżko w szpitalu okazało się, że ma problemy z sercem i nerkami. Do tego doszły problemy z chodzeniem. Po dwóch tygodniach, gdy stan jej zdrowia się polepszył, wróciła do domu. Po tygodniu jednak znów wróciła do szpitala. Teraz na nowo jest w domu. Poszliśmy ją odwiedzić i sprawdzić czy ma wszystkie leki, jakie przepisali jej lekarze. Pierwszy raz widziałem ją smutną. Opowiadała o tym jak ciężko jej żyć z dwójką synów uzależnionych od alkoholu, którzy nie przejmują się nią ani trochę (podczas jej dwutygodniowego pobytu w szpitalu odwiedzili ją zaledwie 2 lub 3 razy). O tym, że jedno z jej dzieci „ukradł” jej przyjaciel jej mamy, przekupując lekarzy, aby bez badań uznali ją za niepoczytalną umysłowo i odebrali opiekę nad dzieckiem. O tym, że musi chować pieniądze, które otrzymuje jako pomoc od państwa, w sklepie obok, gdyż w domu jej synowie od razu je ukradną. I o tym, że nie chce przenieść się do domu opieki, bo mimo wszystko tu gdzie jest, jest jej dom. Na koniec wizyty nie zapomniała jednak powiedzieć, że mimo wszystko dziękuje Bogu za wszystko co ma i za wszystko co było jej dane przeżyć. Rozstawała się z nami z uśmiechem…